sobota, 12 marca 2016
piątek, 26 lutego 2016
|05| Bloodstream.
Na początek SUPER, MEGA INFORMACJA.
365 Days dostało propozycję wydania jako książki.
Co z tego wyniknie, zobaczymy. Będę was informowała :)
Culley
Kolejny dzień na Ziemi
zapowiadał się naprawdę ciekawie. Mogłem śmiało powiedzieć, że moja decyzja
była najlepsza, jaką kiedykolwiek mogłem podjąć. Dziewczyny tutaj może nie były
aniołkami... to były wręcz diablice! Tak szybko pokochałem to miejsce... Nie
możecie sobie tego nawet wyobrazić!
Dzisiaj miałem
dowiedzieć się czegoś więcej o zajęciu Connella. W końcu muszę o nim wiedzieć
wszystko, skoro mamy trzymać się razem przez cały pobyt w tym miejscu. Siedząc
w ogromnej kuchni, jadłem kolejną kanapkę i słuchałem nudnego gadania
dziennikarki. Mówiła o polityce, co kompletnie mnie nie interesowało. Ludzie,
pracujący w rządzie wydawali się być śmieszni. Nie będę nawet o tym myśleć.
Pokręciłem głową, sięgając po sól. W tym samym momencie do środka wszedł mój
przyjaciel.
Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem
się cwanie. Wiedziałem, że go to wkurza, więc robiłem to jak najczęściej.
— Ani słowa — rzucił,
idąc w stronę lodówki.
Było po szesnastej, ale on ledwo żył. To dziwne. Ja nie
odczuwałem wypicia alkoholu, tak jak on.
Być może dlatego, że
był na Ziemi dłuższy czas...
— Coś ty taki nerwowy? —
zagadnąłem.
— Nie jestem nerwowy.
Po prostu jak na ciebie patrzę, to od razu szlag mnie trafia. — Odwrócił się z
kartonem mleku w ręce.
Wywróciłem oczami z
lekkim uśmiechem i dokończyłem kanapkę. Culley z westchnieniem usiadł
naprzeciwko mnie, zajmując się płatkami z mlekiem. Jak to woli. Wstawiłem
talerz do zmywarki i umyłem ręce.
— Gotowy na dalsze
poznawanie świata? — spytał z pełnymi ustami. Stróżka mleka popłynęła mu po
brodzie.
— Z tobą wszędzie. – Kiwnąłem
głową i wyszedłem z kuchni.
Miałem nieodpartą chęć
zagrania na pianinie i korzystając z tego, że stał w salonie, usiadłem przy
instrumencie. Czasami coś natchnęło mnie w nieoczekiwanym momencie, bez żadnego
powodu. Od kiedy zszedłem z nieba, nie grałem. Trzeba było to nadrobić.
Ułożyłem dłonie na biało – czarnych klawiszach i przycisnąłem odpowiednie
dźwięki. Po chwili melodia wypełniła salon, a ja poczułem się, jakbym był w
domu, choć od niego dzieliły mnie tysiące kilometrów, albo i więcej. Przypomniałem
sobie mamę, która biegała po kuchni, piekąc lub gotować. Uśmiechała się, nuciła
pod nosem i wydawała się być tym naprawdę zafascynowała. Wiele małych spraw
sprawiało jej nieukrywaną radość. Za to na widok ojca w mojej głowie, chciało
mi się śmiać. Brakowało mi go, chociaż byłem ciekaw, jak sobie radzi z tym, że
odszedłem. Na kim się teraz wyżywa? Z kim kłóci? Och, kochany, choleryk.
Jednakże tęsknota w moim sercu nie była tak wielka, jak chęć pozostania tutaj.
Moje miejsce w tym świecie pozwalało mi na wiele. Każdego dnia uczyłem się na
nowo, tego, co wiedzą ludzie. Sprawiało mi to radość. Obserwowałem kobiety,
które robiły śmieszne lub dziwne rzeczy, gdy rano śpieszyły się do pracy. Słuchałem
jak faceci klną, gdy stoją w korku. Otaczał mnie świat pewny barw, ciekawostek
i charakterów, które nie były jedynie czyste jak kropla wody. Właśnie to tak
bardzo podobało mi się na ziemi – decydowanie o własnym sumieniu, bycie sobą.
— Culley, zbieraj się.
— Connell klepnął mnie w ramię, wybudzając z muzycznego transu. — Zawsze
lubiłem jak grasz. Możesz nawet do tego śpiewać, ale później. Mam trochę pracy.
Poza tym ktoś dziś na mnie czeka, myślę, że i z tobą chce porozmawiać.
— Powiesz coś więcej? —
zerknąłem na niego i wstałem.
— No. Idę się ubrać. A
ty poczekaj, nie wypij mi całej whisky, bardzo lubię — odparł i zniknął w holu.
Podszedłem do barku i
rzeczywiście nalałem sobie trochę alkoholu. Od pierwszego razu zasmakował mi,
ale to nie ja chodziłem na kacu. Nie narzekałem na ból głowy, a Connell tak. Ze
szklanką w ręku usiadłem na oparciu fotela i wbiłem wzrok w telewizor.
Wiadomości już się skończyły, młoda pogodynka przedstawiała prognozę na
najbliższe dni. Duszno, upalnie i tak dalej – standard w Los Angeles. Zdążyłem
się przyzwyczaić. Od kiedy przybyłem, nie padał deszcz. A byłem tutaj już dwa
tygodnie. Oczywiście, mogłem zmienić miejsce, wyjechać, zwiedzić świat, ale
miałem na to czas. Nieokreślony czas – tak zwaną, wieczność. Ponoć nie
umieraliśmy z przyczyn naturalnych lub wypadku, bo tylko Bóg mógł wydać na nas
wyrok… Nie było tak łatwo. Człowiek, samochód, tramwaj, pociąg – nie mogły nas
zabić. Natomiast Anioł Anioła już mógł. Dlaczego? Bo obydwie istoty były
istotami niebiańskimi. Nawet jeśli upadliśmy i żyliśmy na ziemi, mieliśmy taką
moc. Nie zamierzałem się nikomu narażać, by stracić tak cenne życie. Wolałem
być obserwatorem, badać zachowania innych, niż brać udział w zamieszaniach, tak
jak lubił to robić Connell. Mimo upartych i twardych charakterów, różniliśmy
się z moim przyjacielem. On potrzebował ogromnej uwagi skupionej na sobie,
adrenaliny, jaką dawały mu nielegalne sprawy. Ja dopiero poznawałem prawdziwego
siebie, ale byłem inny niż Connell. Wolałem stać z boku, rozbawiony bójką, albo
scysją. Byłem pewny, że obudziła się we mnie też chęć droczenia się,
dyskutowania oraz dodawania sarkazmu do wypowiedzi. Stałem się sceptyczny, lecz
nie straciłem zdrowego rozsądku. Mojemu przyjacielowi brakowało tego, gdy był
już po trzeciej szklance jakiegoś trunku. Odpadał z gry. Och, czternaście dni z
nim nauczyło mnie, że on potrzebuje niańki dwadzieścia cztery na dobę. Nie
dziwię się dlaczego jest sam – nikt by z nim nie wytrzymał. Kończy się na
seksie i do domu.
Upiłem kolejny łyk
whisky i zakołysałem szklanką, oblizując wargę. Do moich myśli przebił się głos
bohaterki filmu, który dopiero się rozpoczął. Nie miałem ochoty na oglądanie,
poza tym i tak wychodziliśmy, więc sięgnąłem po pilot i wyłączyłem telewizor. Cierpliwie
czekałem na przyjaciela, kończąc dopijanie. Kroki po schodach rozległy się po
domu, więc wstałem i wyszedłem z salonu. Connell przeczesał krucze włosy
palcami i pochylił się, by założyć buty. Nie trudno było się domyślić, że
naszym ulubionym kolorem był czarny. Obydwaj uważaliśmy, że takie ubrania
idealnie do nas pasują. Biel kojarzyła się z Niebem i przeszłością, więc
staramy się ją eliminować.
— Gotowy? – Podszedł od
lustra i postawił kołnierzyk od skórzanej kurtki
— A nie wyglądam? –
mruknąłem, otwierając drzwi.
— Wyglądasz. Jasne.
Gorzej niż ja — zaśmiał się, idąc za mną.
Nie skomentowałem, bo
nie chciało mi się z nim drażnić. On potrzebował osoby do komplementów, inaczej
jego piękno więdło, a duma malała.
Podszedłem do
samochodu, do którego zaraz wsiedliśmy. Nie prowadziłem, bo to nie było moje
auto, a poza tym nie za bardzo lubiłem jeździć z Connellem, gdy to ja byłem
kierowcą. On za dużo gadał, rozpraszał mnie i denerwował. Jeździł, jak wariat,
ale przynajmniej mniej dyskutował. Connell Black potrafił doprowadzić człowieka
do szału, potwierdzam.
— Gdzie tak właściwie
jedziemy? — Włączyłem radio, by po chwili muzyka rocka wypełniła samochód
mocnym brzmieniem.
— Do baru w ciemnej
dzielnicy. Ciemna dzielnica to taka, gdzie czeka najwięcej narkomanów, pijaków,
gangów. Sam rozumiesz. Mi nic nie zrobią, a zarobię. W sumie ci ludzi są głupi,
no ale…
— Skąd bierzesz towar?
— Stukałem palcami o kolano, patrząc na profil chłopaka.
Uśmiechnął się
cwaniacko, skręcając płynnie i wjeżdżając w kolejną ulicę.
— Mam dojścia, kontakty
i dużo pieniędzy. Moi ludzie zyskują dla mnie towar, a ja płacę. Potem i tak
zarabiam z prowizją. Nie dziwmy się, najczęściej narkomani nie mają kasy, więc
biorą pożyczkę, albo chcą „oddać” przy kolejnym razie. No więc oddają. Ja im
tylko w tym pomagam. Czasem zmuszę do małej kradzieży — wzruszył obojętnie
ramionami. — Nic wielkiego, człowieka nie zabijają, a jeśli już zabijają, to
jedynie siebie. To nie moja sprawa, mają własne rozumy.
— Dobra, dobra. Nie
spowiadaj mi się. Pytałem tylko o towar. Długo już to ciągniesz? I w sumie
dlaczego dilerka? — spytałem. Ciekawiło mnie to, bo w niebie nie przejawiał
zachwytu nad alkoholem czy dragami. Interesował go boks, samochody, motory i
dobre dziewczyny. Na pewno nie Anielice.
— Natchnęło mnie. Jezu,
Culley, nie wiem. Prawie od początku, gdy to zszedłem. Spotkałem odpowiednich
ludzi, nawiązałem kontakt i mam, to co mam. Wiesz, że nie mogą mnie złapać.
Zniknąłbym szybciej, niż by zakuli mnie w kajdanki. Także mój biznes nie
pozostawia śladów. Coś jeszcze? Książkę piszesz?
— Czyżbym cię denerwował,
panie? — Złapałem się za serce. — Wybacz mi.
— Pierdol się, Culley —
wywrócił oczami i przyśpieszył, a mnie wbiło w fotel.
— Mogę, ale nie z tobą
— odparłem, łapiąc oddech.
Connelll wybuchnął
śmiechem i pokręcił głową.
— Chciałbyś, oj
chciałbyś…
Prychnąłem, zamykając
oczy. Do końca drogi, która nie trwała długo, słuchałem przebojów z lat 90.
Słońce już zachodziło,
gdy wysiedliśmy z samochodu. Zatrzasnąłem drzwi i skrzywiłem się, czując smród
ze śmietników. No, ciemna dzielnica zaprasza. Bar, do którego mieliśmy wejść,
to była speluna w zniszczonej kamienicy. Connell pociągnął za klamkę i
weszliśmy do środka wraz z dźwiękiem skrzypiących drzwi. W pomieszczeniu
pachniało papierosami i alkoholem oraz potem. W rogu po prawej stronie
zawieszony był nieduży telewizor, na którym leciał mecz. Niektórzy oglądali,
niektórzy wdawali się w pijackie dyskusje. Wsunąłem ręce do kieszeni spodni i
rozejrzałem się, ale nic prócz farby schodzącej ze ścian i krzeseł do
pasujących do stołów, nie przykuło mojej uwagi. Poszedłem w ślady Connella i
ruszyłem w stronę baru. Za ladą stał około czterdziestoletni facet, znudzony
życiem i zmęczony pracą. Nalewał piwa, słuchając nachylającego się do niego
Connella.
— Laicaster jest, był
czy będzie? — zapytał czarnowłosy chłopak.
— Kazał ci przekazać,
że dzisiaj pasuje — odparł znużonym głosem barman i zerknął na nas.
— Zabiję gówniarza —
warknął Connell, zaciskając rękę w pięść. — Zabiję go, przysięgam. –— Odepchnął
się od blatu i ruszył do stolika, przy którym siedziało dwóch chłopaków.
Obydwaj mieli kaptury
na głowie, pochylali się i rozmawiali ze sobą. Usiadłem na krześle barowym i
obserwowałem sytuację. Mój przyjaciel oparł ręce na stole i zaczął z nimi
dyskusję. Wydawało mi się, że będzie sprzedawać narkotyki i nie myliłem się.
Nie chciał dzisiaj stracić towaru. Nie miałem pojęcia kim był Laicaster, ale
mogłem zgadywać, że Connell się na nim zawiódł.
— Whisky? — usłyszałem
barmana, więc spojrzałem na niego, unosząc brwi do góry. — Dla specjalnych
klientów, mam specjalny alkohol. Jeśli przyszedłeś tutaj z Blackiem, to
oznacza, że muszę cię traktować, jak przyjaciela. Więc?
— Zdecydowanie whisky —
zgodziłem się, kiwając głową.
— Proszę, szefie. —
Postawił przede mną szklankę, za co podziękowałem i wypiłem kolejny raz cudowny
alkohol.
Nie poczęstowałem się
drugą porcją, cierpliwie czekałem, aż Connell dobije targu. Na razie zaciskał
ręce na kurtce tego biednego szczeniaka i dociskał go do ściany. Och, tak.
Czasem musiał pokazać się, jako groźny diler. Dla mnie był bardzo przewidywalny,
może dlatego, że znałem go od dziecka i wiedziałem jaki ma charakter. Musiał
się zgrywać przed klientami, by ich postraszyć – standardowy ruch.
— Nie masz kasy, nie
będziesz ćpał, skończyłem! — krzyknął Connell i pchnął chłopaka na krzesło.
Ten drugi podał mu
kilkanaście banknotów i zabrał biały woreczek, nie przejmując się kolegą. Prymitywne
zachowanie narkomana dla którego najważniejszy było wziąć, niczyj inny los się
nie liczył. W sumie jego życie też nie stawiło większe wagi, skoro niszczył się
ćpając. Jako anioł, którym jednak w duszy byłem, nie pochwalałem tego, ale nie
zamierzałem się odzywać. To już nie była moja sprawa.
— Idziemy — rzucił
Connell, stając przede mną. — Teraz jedziemy na spotkanie. Potem zajmę się
Laicasterem.
— Kto, że się tak
wściekasz, jakbyś okresu dostał? — Odstawiłem szklankę.
— Chcesz zarobić?
Naprawdę mogę ci przywalić i stracisz te błyszczące zęby, kurwa — warknął i
ominął mnie.
— Nie pozwalaj sobie,
Black — szepnąłem, co na pewno usłyszał. Był Aniołem. Miał wyostrzy zmył słuchu
i wzroku. Jako Upadły nie stracił tego daru.
Spojrzał na mnie przez
ramię i otworzył drzwi od baru. Chciałbym powiedzieć, że wyszliśmy na świeże
powietrze, ale od razu odepchnąłem od siebie tę myśl. Wsiadłem do samochodu,
pragnąc jak najszybciej stąd odjechać. Connellowi również się śpieszyło. Widząc
jaki był zagniewany, mogłem przypuszczać, że Laicaster namieszał, a dodatkowo
to spotkanie było naprawdę ważne. Rozumiałem, że Connell chciał mi pokazać
swoją pracę, jednakże nie zamierzałem znosić jego humorów. Mógł być wściekł,
proszę bardzo, ale ja nie byłem tutaj kimś, kim będzie pomiatał. On dobrze to
wiedział. Wiedział też, że jeśli mnie uderzy, to z łatwością mu oddam.
— Sorry — mruknął pod
nosem. — Szczeniak mnie wkurzył i poniosło mnie. Nienawidzę tego, gdy się z
kimś umawiamy i zostaję wystawiony.
— Umawiasz się z
narkomanami, Black. Oni nie wiedzą jak się nazywają, to na co liczysz? — prychnąłem,
przeczesując włosy, wzrok wbiłem w szybę.
Nie otrzymałem
odpowiedzi, chociaż atmosfera w aucie wydawała się być trochę spokojniejsza.
Przynajmniej mnie przeprosił, to musiało zaboleć jego ego. Jechaliśmy w ciszy,
która tym razem mi odpowiadała. Widok za oknem szybko się zmieniał, budynki
zlewały się w jedność i niewiele mogłem rozróżnić. To zmieniło się dopiero, gdy
Connell zatrzymał się na jakimś osiedlu przed kolejnym barem – cudownie.
— Oryginalne miejsce
spotkań wybierasz — powiedziałem, patrząc na niego głupio.
— Po pierwsze nie ja
wybrałem to miejsce, po drugie tutaj mogę spotkać Laicastera, po trzecie chodź,
ktoś na nas czeka — odparł, wyciągając kluczyki ze stacyjki.
Opuściliśmy samochód i
szybkim krokiem weszliśmy do paru, który wydawał się o wiele lepszy niż
poprzedni. Młoda kobieta zmywała stoły, które nie były rozwalone, muzyka cicho
grała, a barman rozdawał drinki. W sumie tutaj mógłbym się i napić, nie
obrzydzało mnie. Rozejrzałem się, siadając z przyjacielem pod oknem. Kelnerka
właśnie zabrała pusty kufel z tego stołu i posłała nam życzliwy uśmiech.
— Co podać? — spytała,
stawiając naczynie na tacy.
— Piwo — powiedział
Connell, gdy ja przyglądałem się brunetce.
Smukła dziewczyna, ale
mająca okrągłe biodra i dobre kształty. Włosy miała związane w wysokiego
kucyka, na ustach trochę błyszczyka. Lekki makijaż sprawiał, że zmęczenie nie
było tak widoczne. Dostrzegłem jej piękne, duże, zielone oczy i odpłynąłem.
Nie, amor nie strzelił mnie w tyłek, po prostu nigdy nie widziałem tak
wyrazistego koloru tęczówek. Kelnerka chyba zauważyła to, jak się gapię, bo
odwróciła się i odeszła do blatu.
— To jego siostra —
mruknął Connell.
— Tego gościa, który tu
przyjdzie? Aha, i przed chwilą mówiłeś, że już na nas czeka. Gdzie?
— Nie, idioto.
Laicastera. To siostra Lennoxa Laicastera. A ten gość zaraz powinien być.
Myślałem, że będzie pierwszy.
— Czyli siostrzyczka
zarabia, a braciszek płaci ci za dragi? — Uniosłem brew. — Świetny biznes,
Black, naprawdę — Wywróciłem oczami i poprawiłem się na niewygodnym krześle.
— Wkurzasz mnie dzisiaj
— ostrzegł.
— Z wzajemnością —
wysiliłem się na sztuczny uśmiech i w tym samym momencie poczułem chłodny
powiew wiatru.
Drzwi otworzyły się
zagłuszając cichą muzykę. Odwróciłem głowę i dostrzegłem mężczyznę, stojącego w
progu. Ubrany w czarny garnitur wyglądał na poważnego biznesmena, ale wątpiłem,
by Connell umawiał się z kimś takim.
— Evan Deffrey —
odezwał się, stając przy naszym stoliku. — Miło mi cię poznać, Culleyu.
czwartek, 4 lutego 2016
|04| Army.
Lullaby
– Może chcesz coś do
picia? – spytałam, zerkając na Thomasa, który męczył się ze skręcaniem białego,
drewnianego łóżeczka.
– Tak. I to co chcę,
nazywa się Pepsi – odpowiedział, wkładając do ust śrubkę.
Uśmiechnęłam się i
odłożyłam poskładane śpioszki do szafy, którą obydwoje złożyliśmy. Wyszłam z
pokoju mojej córeczki. Ostrożnie schodziłam po schodach, podziwiając zdjęcia na
ścianie, które niedawno zawiesiłam. Musiałam się czymś zająć i wywołałam naszą
sesję ze ślubu w dużym, czarno-białym formacie. Fotografie powiesiłam na
korytarzu, by każdy kto wchodzi na górę, mógł je zobaczyć. Na końcu zostawiłam
kilka miejsc na zdjęcia naszej córeczki. Kiedy ostatnim razem byłam na wizycie,
dowiedziałam się, co to za płeć. Musiałam. Obiecałam sobie, że będę czekać do ostatniej
chwili, ale nie wytrzymałam. Tak bardzo chciałam już wiedzieć. Od razu z
kliniki pojechałam do centrum handlowego. Chociaż nogi odmawiały mi
posłuszeństwa, chodziłam po sklepie z dziecięcymi rzeczami, kupując malutkie,
różowe ubranka. O akcesoria i meble zadbała moja mama. Dwa dni później w domu
pojawiła się ekipa z całym zestawem.
– Babcia musi się do
czegoś przydać – stwierdziła wtedy mama i ucałowała mnie w policzek. – Ach, i
nie zapominajmy o wujku. Tom już nie może się doczekać, żeby złożyć meble.
Tak właśnie skończył
mój brat. Od rana, choć to sobota, którą przeważnie poświęca na wyspanie się,
siedzi w pokoju i studiuje instrukcje. Pomagałam mu z szafkami, ale łóżeczko
wziął na klatę. Kochany dzieciak.
Weszłam do kuchni,
gdzie mama robiła dla nas obiad. Zapach dotarł do moich nozdrzy i od razu
zrobiłam się głodna. To naprawdę bardzo szybko działało. Przez dziewięć
miesięcy zjadłam więcej niż przez rok. Malutka była wymagająca, a ja miałam
nadzieję, że będzie zdrowa, kiedy się urodzi. Louis na pewno obserwuje nas z
góry i również się cieszy. Chciałabym zobaczyć jego reakcje, gdy dowiedział
się, że będzie miał córkę. Ciekawe, czy będzie do niego podobna? Jeśli tak,
naprawdę nigdy o nim nie zapomnę. Teraz przestałam myśleć o tym, jak o tragedii.
Przywykłam do sytuacji, która wcześniej bardzo mi ciążyła. Pewnego dnia
obudziłam się z nadzieją w sercu i uwierzyłam, że może być lepiej. To sprawka
mojego męża. Zaszczepił we mnie wiarę. Poświęcę się naszej córce, by miała
wszystko, czego potrzebuje. Postaram się dać jej miłość za nas obydwoje.
– Lullaby? – Mama
zerknęła na mnie, krojąc warzywa.
– Tak? – Sięgnęłam po
szklankę z suszarki. Wyciągnęłam puszkę pepsi z lodówki i nalałam bratu
gazowanego napoju.
– Dlaczego nie
odwiedzasz grobu Louisa? – spytała.
Zacisnęłam palce na
szklance i powoli odwróciłam się do mamy. Zaskoczyła mnie, nie myślałam, że
zada takie pytanie.
– Nie mam czasu –
odparłam po chwili zastanowienia. – Poza tym nie lubię odwiedzać tego miejsca.
Tam nie ma Louisa. Doskonale wiesz, że to tylko nagrobek. W wypadku spłonęło
auto razem z jego ciałem – przypomniałam jej z bólem w sercu.
Nienawidzę kłamać. A
właśnie to robię… To była oficjalna wersja dla wszystkich. Louis z pomocą
Gabriela bardzo łatwo zaaranżował wypadek, nie krzywdząc przy tym nikogo. Nie
mogli na to pozwolić.
– Rozumiem – mruknęła
pod nosem mama. – Ale to twój mąż.
– I uwierz, że o nim
pamiętam – przerwałam jej, bo wiedziałam, że chce coś jeszcze dodać. – Moja
pamięć o nim jest w moim sercu, a nie na nagrobku. Mamo, to zupełnie co innego,
niż z tatą. Tata leży w grobie, jest tam. A Louisa nie ma. Nie chcę więcej o tym
rozmawiać. Zaraz zawołam Thomasa na obiad – dokończyłam i poszłam na górę.
Na moment przystanęłam
na korytarzu przy zdjęciu, gdzie Louis obejmuje mnie od tyłu. W białej sukni
opieram się o jego tors. Uśmiechnęłam się pod nosem, powoli uspokajając. Wrócisz
do mnie i nie będę musiała cię wspominać – pomyślałam.
– Tom. – Weszłam do
pokoju, niosąc szklankę. – Proszę. – Podałam bratu picie. – Zaraz zejdź na
obiad. Świetnie ci idzie. Pomóc?
– Usiądź na tyłku –
machnął na mnie ręką i wypił na raz całą pepsi.
Zaśmiałam się,
odbierając od niego pustą szklankę. Opuściłam pokoik, ale nie zeszłam na dół.
Ruszyłam do sypialni. Podeszłam do biurka, bo coś mi kazało to zrobić.
Przeczucie? Pewnie tak. Szklankę ostrożnie odstawiłam na blat i pochyliłam się
nad piosenkami. Moją uwagę przykuł tekst, który wcześniej nie leżał na górze.
Pamiętałabym to, bo wiele razy zerkałam na biurko. To niemożliwe, by kartka
sama położyła się na wierzchu. Mama nie wchodziła do tego pokoju, Thomas tym
bardziej. Po co? Nie był ciekawskim chłopcem. Wzięła m kartkę do ręki i
przeczytałam tekst, siadając na łóżku.
„Odległość
jest karą, samotność mnie dręczy. Umieram każdą kolejną cząstką siebie.
Kochanie, wrócę.” Pierwszy wers był dla mnie, jak
początek listu. Nie musiałam wiedzieć, co będzie dalej, to był jasny przekaz od
mojego męża. Nie miałam pojęcia, czy mógł to napisać wcześniej, czy może teraz.
Nie rozmawialiśmy o postaci niewidzialnej. Mógł nią być? Jako Anioł Stróż
pojawiał się na Ziemi, ale nie żył tu. Zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawę
i byłam coraz bardziej zaskoczona. Albo zszokowana. Wystarczyło usiąść na
chwilę, a w głowie układałam elementy wszystkiego, co się działo. Znaki?
Otwarte okna? Nie wariowałam, to nie był przypadek. Uśmiechnęłam się pod nosem,
czując łzy na policzkach.
– Obyś szybko wrócił –
szepnęłam cicho, a palce zacisnęłam na białej kartce papieru.
Aimee
Dokładnie
wytarłam ostatnią szklankę, którą przed chwilą wypełniała bursztynowa whiskey.
Odstawiłam naczynie na blacie i odłożyłam ściereczkę na miejsce. To chyba tyle
na dziś. Jacob – barman, z którym pracowałam – ustawiał krzesła na stoły, by
rano móc z łatwością zetrzeć podłogę. Było co sprzątać, gościom często rozlewał
się alkohol, a okruszki chipsów i innych zapychaczy, wdzierały się między
deski. Kolejny dzień pracy dobiegł końca i odczuwałam ulgę, bo mogłam już
wracać do domu. Osiem godzin za ladą to dosyć dużo. Zwłaszcza, że wieczorem
zaczynał się największy młyn, a wtedy byłam już zmęczona. Jednak nie mogłam tak
marudzić – dostawałam wypłatę na czas. To się dla mnie liczyło. Inaczej nie
przeżyłabym od pierwszego do pierwszego. Kiedyś może miałam większe ambicje,
niż ścieranie blatu po klientach baru, gdzie siedzieli i wyżalali się po całym
dniu w pracy, ale nie miałam wyboru.
Byłam
Aimee Laicaster, dobiłam do dwudziestki trójki, niańczyłam młodszego o rok
brata i mogłam liczyć tylko na siebie. Zawzięta
ze mnie dziewczyna, nie powiem. Moja historia była jak każda inna. Nie
pamiętałam ojca, wychowywała mnie matka. Mnie i mojego brata. Nie narzekaliśmy,
mieliśmy miłość, dom i jedzenie. Mogłabym się rozczulać, opisywać cudowne
dzieciństwo, ale nie pamiętam już, jak to być dzieckiem. Dosyć szybko musiałam
dojrzeć i wziąć sprawy we własne ręce. Mama pracowała na kilka zmian, ale i to
przestało wystarczać, gdy staliśmy się nastolatkami. Coraz więcej wydatków
ciążyło na jej barkach, więc… więc musiałam pomóc. Na początku uczyłam się i
pracowałam dorywczo, lecz nie przynosiło to skutków. Nie nadążałam za
materiałem w szkole, co przyczyniło się do słabszych ocen. Mama chciała, bym
się uczyła, ale przerwałam to, wiedząc, że nie ma sensu. Tak, rzuciłam szkołę i
nie czuję się dumna z tego powodu, po prostu nie miałam wyjścia. Życie czasami
stawia nas przed trudnymi wyborami. Pozostawia wyjście ewakuacyjne oknem, ale czy
skakanie z szóstego piętra może coś uratować? Zajęłam się pracą, pieniądze
poświęcałam na mnie, na mojego brata i na ubrania. Rachunki i jedzenie przejęła
mama. Lennox był typem chłopaka sportowca, więc jego pragnienia obejmowały
treningi piłki nożnej, a to też kosztowało.
Nigdy
nie było kolorowo, ale też nigdy nikomu nie zazdrościłam. Z całej tej sytuacji,
mogłam wnioskować, że bywa gorzej. Ludzie nie mają gdzie mieszkać, nie mają
pieniędzy, są chorzy, bez rodzin. A ja? Miałam mamę, brata i dom. Mały,
zniszczony, ale zawsze to był dom, do którego wracałam i czułam bezpieczeństwo.
Nie patrzyłam daleko w przyszłość i niczego nie planowałam, bo losu nie da się
przewidzieć. Co będzie za tydzień? A co jutro? Nie wiem.
Kiedy
Lennox skończył szkołę zaczęły się problemy. Mógłby iść na studia, stypendium
opłaciłoby to wszystko. Był zdolnym chłopakiem z ambicjami. I wiecie, co? Nawet
ci, którzy mają poukładane w głowie, mogą wpaść w kłopoty. Lennox wszedł w złe
towarzystwo. Chłopcy, którzy imprezują, bawią się nie byli żadnym zagrożeniem i
to nie o nich chodziło. Mój brat zaczął brać. Kupował narkotyki, które złudnie
dodawały mu odwagi i siły, by chodzić na treningi. To działo się tylko w jego
głowie, nie pomagało, wręcz spowodowało to, że stracił możliwość gry, a o
studiach mógł zapomnieć. Uzależnienia nie da się ukryć, w pewnym momencie ono
wyjdzie i pokaże, kim się stajesz. Lennox przegrał i zaczął się staczać, a ja
bezradna nie mogę mu pomóc. Każde moje słowo uderza w niego, jak o ścianę, bez
efektu. Mama? Och, dobrze, że jest zapracowana i nie może o tym tyle myśleć. Od
trzech lat mój brat jest narkomanem, który zrobi wszystko, by zdobyć pieniądze
na towar. Pomoc? Istnieje pomoc, ale on musi tego chcieć, musi wiedzieć, że
dalsza ucieczka w ten chłam, nic mu nie da.
Mój brat postradał
zmysły, nie chciał słuchać i wszystko stało w miejscu. Ja nie znajdowałam
innego miejsca niż bar, on nie myślał o wyprowadzce, a mama wciąż miała dużo
pracy. Na razie żadne rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy, chociaż z
wielką chęcią wepchnęłabym Lennoxa do ośrodka i tam zamknęła.
Westchnęłam,
przebiegając palcami po włosach i chowając wychodzące kosmyki w kucyk. Byłam
zmęczona, a dołowałam się dodatkowo problemami. O nich nie można myśleć, je
trzeba rozwiązać. To jeszcze nie ten moment. Wyszłam na zaplecze, żeby zabrać
swoje rzeczy. Tam na chwilę mogłam odetchnąć od smrodu papierosów zmieszanego z
alkoholem. Moje ubrania przesiąkły tym po tylu godzinach. Byłam niepaląca, więc
ten zapach po całym dniu, aż mną wzdrygał. Co do alkoholu – da się
przyzwyczaić. Założyłam skórzaną kurtkę i sięgnęłam po torebkę. Wygrzebałam z
niej telefon i z nim w ręce, wyszłam.
– No chyba sobie jaja
robisz – powiedziałam, widząc jak mój brat zajmuje miejsce przy barze.
Siedział skulony, na
nosie miał czarne okulary i dobrze wiedziałam, że był pod wpływem narkotyków.
– Daj mi coś mocnego –
uśmiechnął się leniwie i pokręcił głową. – Proszę?
Spojrzałam na Jacoba,
który niestety, jeszcze nie wyszedł z baru. Wzruszył ramionami i zostawił nas
samych, idąc na zaplecze.
– Idziemy do domu –
warknęłam, łapiąc Lennoxa za ramię. – Rusz się, nie będziesz pił.
– Oho, siostrzyczka
bawi się w mamusię. Odpierdol się, co? Chcę coś mocnego, ale nie potrzebuję
niańki! – wykrzyknął, szarpiąc się ze mną. Odepchnął mnie tak, że uderzyłam
plecami o blat baru.
Jęknęłam z bólu i
przymknęłam oczy. Wzbierał się we mnie jeszcze większy gniew i byłam bliska
tego, by przyłożyć bratu.
– Dawaj to, co masz w
kieszeniach – wycedziłam przez zęby. – To nie jest pieprzona zabawa, nie masz
pięciu lat. Daj mi dragi – wyciągnęłam rękę.
Lennox spojrzał na mnie
i wybuchnął śmiechem. No tak, teraz go wszystko bawiło, a mnie zaczęło za to
irytować. Miałam dość tej dziecinady. Tyle lat się z nim użerałam, stawiałam do
pionu, ale on za każdym razem przegrywał walkę i wymykał się do „przyjaciół”,
którzy wprowadzali go w świat otępienia.
– Walniesz mi kazanie?
– spytał, przeczesując włosy.
Odwrócił się i wszedł
za bar. Chwiejnym krokiem podszedł do półki z alkoholem. Nie pozwoliłam mu po
nic sięgnąć, bo złapałam go za rękę i siłą odciągnęłam. Pracowałam tutaj i nie
miałam zamiaru ponosić kosztów za brata.
– Idziemy – warknęłam i
wyprowadziłam go z baru.
Było mi ciężko pchać go
do mieszkania, ale ponieważ był pod wpływem, w końcu się poddał. Szedł obok,
nucąc coś pod nosem. Jego dobry humor wcale mi się nie udzielił. Wręcz
przeciwnie. Wciąż byłam bliska rozszarpania go na strzępy. Kiedy już zaśnie,
zamierzam go przeszukać. W mieszkaniu nie będzie żadnych narkotyków.
Weszliśmy do domu, w
którym mama już była. Oglądała telewizję, leżąc na kanapie. Pchnęłam brata w
stronę jego pokoju. Nie chciało mi się tłumaczyć zachowania Lennoxa przed mamą,
a ta na pewno nie myślałaby później o niczym innym. Lepiej było nie denerwować
kobiety.
– Jak w pracy? –
spytała, gdy zdejmowałam buty i kurtkę.
Rzuciłam trampki pod
ścianę, a ubranie odwiesiłam i usiadłam na fotelu, wyciągając nogi.
– Dużo ludzi. Nie mam
siły, zaraz zasnę – mruknęłam, przecierając twarz. – A u ciebie? – spojrzałam
na mamę.
Była kobietą szczupłą o
długich, brązowych włosach, które farbowała, co miesiąc, by ukryć siwiznę.
Wiązała je w koka, bo łatwiej było jej pracować. Dopiero w domu rozpuszczała
włosy i zmywała makijaż. Choć miała dopiero czterdzieści pięć lat, wyglądała na
trochę więcej, a to wszystko przez stres, pracę i zmęczenie.
– Nie było najgorzej. W
sumie szef dał nam małą podwyżkę, to zawsze coś. Odłożyłam na konto. To są
pieniądze dla ciebie, na twój nowy start za jakiś czas. Zasłużyłaś na to,
córeczko. Będę oszczędzać i… - przerwałam mamie.
– Przestań – westchnęłam. – Umiem sobie radzić
i teraz też dam radę. Moim zmartwieniem jest Lennox i na razie próbuję mu
pomóc, ale nie wychodzi.
– On znów… Tak? –
spojrzała na mnie ze smutkiem w oczach, na co jedynie kiwnęłam głową. – Pójdę
do niego. Porozmawiam. Boże, co on wyprawia – jęknęła, podnosząc się z kanapy.
Nie chciałam mówić, że
rozmowa nic nie da. Mama i tak poszła do jego pokoju, a ja wbiłam wzrok w
telewizor. Na stoliku stała otwarta butelka piwa. Sięgnęłam po nią i napiłam
się, oglądając denny romans. Takie związki bywają albo w filmach, albo w
książkach. Raczej nie spotkam w swoim życiu księcia z bajką, małe szanse. A
szkoda…
Poznajecie Aimee, mam nadzieję, że ją polubicie, bo będzie jedną z głównych bohaterek. Musiałam poszerzyć fabułę, nie mogłam skupiać się tylko na Baby i Lou. Byłoby strasznie nudno. Louis pojawi się w swoim czasie, bądźcie cierpliwi i komentujcie. Komentarze motywują :).
środa, 27 stycznia 2016
|03| Scarlett.

Culley
Myślałem, że spadanie
będzie wiązało z bólem i strachem. Nikt nigdy mi nie opowiadał, jak wygląda
zejście na Ziemię. To nie był sekret, lecz wahaliśmy się pytać. Dlaczego
miałoby to nas obchodzić, skoro nasze życie było w Niebie? Prócz odpowiednich
Aniołów odpowiedzialnych za swoje dziedziny, którymi się zajmowali i musieli
odwiedzać Ziemię w postaci niewidzialnych postaci.
Byłem zaskoczony, gdy
opadałem, rozkładając szeroko skrzydła. Czarne pióra trzepotały, utrzymując
mnie w powietrzu. Nie było bólu, wręcz zdawało się być to przyjemnością. Nie
rozumiałem – przecież zesłanie z Nieba miało być karą, prawdą? Tak to
opisywali. Może to zależało od nastawienia psychicznego? Przeważnie Aniołowie
stawali się Upadłymi, bo ich czyny były złe, ale nieświadome. Natomiast ja
wiedziałem czego pragnę i gdzie chciałbym się znaleźć. Lot nie trwał długo. W
głowie wybrałem miejsce, w którym wyląduję. Już dawno wszystko zaplanowałem.
Miałem na to sporo czasu i nie chciałem podejmować spontanicznych decyzji.
Gabriel na pewno to wyczytał w mych myślach – byłem przygotowany na odejście.
Los Angeles – to
właśnie mój nowy dom. Stałem na wzgórzu bacznie się rozglądając. Mój wzrok
rejestrował każdy szczegół. Wszystko, co nowe tak bardzo mnie interesowało.
Czarne skrzydła złożyłem, zniknęły niewidzialne dla ludzi. Wsunąłem dłonie do
kieszeni spodni i przygryzłem dolną wargę. W tamtej chwili mogłem nazywać się
szczęściarzem. Egoistycznie myślałem tylko o tym, że spełniłem własne
pragnienie. Niczego więcej nie chciałem. Nowy świat rozciągał się przede mną
przy zachodzie słońca. Pomarańczowo - różowe niebo było piękniejsze, niż
wydawało się to z góry. Byłem świadkiem tego wszystkiego, widziałem na własne
oczy. Nie przez opowieści, nie przez zwykłe słowa. Napawałem się widokiem
miasta, czując ogromną ulgę. Lekki wiatr rozwiewał moje blond włosy, lecz nie
przeszkadzało mi to. Odchyliłem głowę do tyłu i uśmiechnąłem się. Być może mnie
obserwowali, ojciec na pewno. Tyle że nie mieli teraz nic do powiedzenia. Nie
mieli wpływu na to, co chciałem robić. Każdy ruch należało do mnie i nie
panowały tutaj żadne zasady. Prawo? Ludzkie prawo? Nie mogło mnie obowiązywać.
Upadły Anioł nigdy nie mógł zostać ukarany przez ludzi. Dlatego niektórzy tak
chętnie z tego korzystali. Nie byłem jedynym, który zamieszkuje to miasto. I
nie wybrałem go przypadkowo. Nie chciałem być sam, a w Los Angeles znajdował
się ktoś, komu mogłem ufać o każdej porze dnia i nocy.
– Słyszę cię –
powiedziałem, uśmiechając się drwiąco. Oto i on. Connell Black we własnej
osoby. Powoli odwróciłem się w stronę przyjaciela.
– I jak? Podoba ci się
to, co widzisz? – odparł, wskazując na rozciągającą się przed nami panoramę
miasta.
– Nie będę kłamał, ale
tak – kiwnąłem głową. Zerknąłem na mężczyznę. Nie zmienił się. No, może ubierał
inaczej. Na sobie miał ciemne spodnie, czarną koszulę i skórzaną kurtkę.
Connell zawsze górował nade mną wzrostem i tym, jak dobrze był zbudowany.
– W takim razie dzisiaj
oprowadzę cię nieco. Chcesz zobaczyć inną stronę życia? – powiedział pewny siebie, unosząc jedną brew
do góry.
– Najpierw coś ci
pokażę – uśmiechnąłem się cwaniacko. Wiedziałem, że to zrobi na nim wrażenie.
Przymknąłem oczy i rozprostowałem ramiona. Pojawiły się moje skrzydła, czarne
jak noc. Spojrzałem na zaskoczoną twarz bruneta. On był Upadłym, potępionym.
– No nieźle – odparł
bacznie mnie obserwując.
– No widzisz, ma się to
szczęście. Gabriel mnie zaskoczył.
– Dla mnie nie był taki
hojny... Pewnie ze względu na to kim jest twój ojciec, dał ci ulgę –
stwierdził, wkładając ręce w kieszenie od spodni.
– Ty nie podpaliłeś
Apokalipsy – przygryzłem dolną wargę, patrząc jak zaskoczony unosi brwi do
góry.
– Wow. Widzę, że
musiałeś być bardzo nie świadomy, że dopuściłeś się czegoś takiego. Pewnie
teraz żałujesz... – kiwał głową, analizując moją sytuację.
– Kretyn – wywróciłem
oczami i poszedłem w stronę czarnego mustanga, który Connell zaparkował
niedaleko. W Niebie gadał o autach godzinami. Jego największa pasja, którą
teraz mógł pielęgnować. – Chodź, oprowadzisz mnie.
– O nie, nie, nie.
Najpierw odszczekaj to, co powiedziałeś – zatrzymał mnie, jedocześnie wskazując
palcem na moją osobę.
– Chciałem być tutaj i
jestem. Nie zmusili mnie do zejścia jak ciebie. Gabriel to wiedział, zostawił
mi skrzydła, bo dokonałem świadomego wyboru. Cała tajemnica – wzruszyłem
ramionami. – A kretynem wciąż jesteś, nic się nie zmieniło.
– Chodźmy już – szepnął
po chwili. Podejrzewam, że nie chciało mu się na początku za bardzo wierzyć w
to, co usłyszał.
Wsiedliśmy do wygodnego
samochodu. Pierwszy raz jechałem autem. W Niebie nie ma takich pojazdów.
Słyszymy o nowoczesności, mamy podgląd na Ziemię i nie jesteśmy głupi. Nasza
wiedza rozwija się z każdym krokiem, chociaż mamy wszechmoc. Po prostu kto
mając skrzydła, jeździłby autem? To dziwnie brzmi dla człowieka, ale Niebo
naprawdę jest jak wielkie miasto, mające ulice i domy. Rządzimy się innymi
prawami, wszakże to Dekalog jest najważniejszy. Archaniołowie pilnują porządku,
wyznaczają Aniołów jako stróżów. Chociaż nie tylko. Bywają ci, którzy mają
zupełnie inne funkcje w Niebie. Ja natomiast byłem zbyt młody, żeby zostać
przydzielony. Miałem się uczyć. Obserwować. Wgłębiać się w wiarę. Jakże anioł
mógłby wątpić w istnienie Boga? Nie należałem do słabeuszy. Wiedziałem, że
Stwórca trzyma nad nami piecze. Ale to nie oznaczało, że chciałem spędzić swe
życie na wyłącznym oddaniu Bogu i Archaniołom. Dlatego wybrałem, a czy
słusznie, to okaże się po dłuższym czasie. Powrotu i tak nie będzie.
~*~
Pięć godzin później
wylądowałem w domu Connella. Musiałem przyznać, że bardzo dobrze sobie radził i
urządził się, jak milioner. Zapewne nim jest. Wyglądał na bogatego Upadłego i
nie cierpiał na brak czegoś. Zwiedziliśmy dużą część LA. Na skrzydłach byłoby
szybciej, ale mój drogi przyjaciel ich nie posiadał, więc korzystaliśmy z
samochodu. Wspominając dobre czasy w Niebie, kiedy to byliśmy dziećmi,
jeździliśmy po mieście. Pokazał mi kluby, do których chodzi, miejsca, gdzie
robi tatuaże i speluny, w których pracuje. Connell Black był dilerem. Dobry
diler sam nie ćpa. Poza tym jemu nic nie mogło się stać. Narkotyki nie mogły
zniszczyć jego organizmu. To nie oznaczało, że był nieśmiertelny. Mogliśmy
zginąć, ale nie działało to tak łatwo, jak w przypadku ludzi. Skomplikowane i
czasem trudno to zrozumieć. Sam miałem problem. Gdy wpadnę pod auto, wstanę?
Nie wiem, ale czy warto ryzykować? W Niebie uczono nas, że Anioła jest bardzo
trudno zabić. Natomiast na Upadłego jest wiele sposobów. Nie interesowałem się
tym, tak bardzo, nie było mi to potrzebne. Schodząc na Ziemię, nie zamierzałem
pozabijać Upadłych. Nie posiadałem okrutnego planu.
Connell był lojalnym
facetem, któremu mogłem zaufać. Nie obchodziło mnie co robił – to jego sprawa.
Chciał zarabiać i zarabiał, nie ponosił za to konsekwencji. Ten kto kupował
towar, był idiotą. Ludzie nie cenią zdrowia i życia, myślą, że taki narkotyk
może przynieść dobrą zabawę i oderwanie od rzeczywistości. Bardzo się mylą i
mało wiedzą o rozrywce. Obserwowałem ich z góry. Byli po prostu nudni i
monotonni. Mając tyle możliwości, robili to samo.
– Napijesz się czegoś?
– Z rozmyśleń wyrwał mnie głos czarnowłosego chłopaka. Uśmiechnął się drwiąco,
jak miał w zwyczaju i sięgnął po szklankę z barku w salonie.
– Poproszę whisky –
odpowiedziałem, siadając na wygodnej, białej kanapie, która idealnie pasowała
do ścian i mebli w tym pomieszczeniu.
– Culley, słuchaj, nie
będziemy wiecznie siedzieć tutaj. Nie myśl sobie. Już jutro zabieram cię ze
sobą. Sprzedam trochę w klubie, a ty może się rozerwiesz. Pamiętaj, jesteś
wolny – mrugnął do mnie i nalał alkoholu.
– I nawet nie wiesz,
jakie to świetne uczucie. – Wziąłem od niego szklankę. – Żadnych niebiańskich
zasad. Wszystko zależne od mojej woli. To mi się podoba.
– To musi ci się
podobać – wzruszył ramionami i usiadł przy czarnym pianinie. – Panienek też
jest tu dużo. Może nie anielice…, ale towaru nie brakuje.
Uśmiechnąłem się i
upiłem spory łyk. Oblizałem dolną wargę. Rzeczywiście. Mogłem przebierać w
kobietach, zabawiając się i nie czekając na coś poważniejszego. Mogłem żyć
wiecznie, jeśli będę uważać i nie popełnię wielkich wykroczeń, za które wciąż
Bóg ma możliwość skazania mnie.
– No to co,
przyjacielu? Za nowe życie. – Connell uniósł szklankę i wznieśliśmy toast.
Za nowe, lepsze życie,
które przyniesie więcej niespodzianek, niż mógłbym się spodziewać… Ale czy
ktokolwiek może przewidzieć przyszłość? Los szykuje dla nas wiele
niespodzianek. Niektórych naprawdę się nie spodziewamy.
niedziela, 10 stycznia 2016
|02| Love Yourself.
And I've been so caught up in my job, didn't see what's going on
And now I know, I'm better sleeping on my own
Culley
Siedziałem na twardej
kanapie w salonie i masowałem skroń, próbując uśmierzyć ból głowy. Światło
wpadające przez ogromne okna wszystko umożliwiało. Czułem się tak po kłótni z
ojcem. Być może nikt z nas nie wygrał, ale jego gniew był na tyle silny, by
pozostawić mnie w takim stanie. Nie podobało mi się to. W Niebie powinniśmy
odczuwać dobro, błogość, a nie cholerne migreny! To wszystko było zupełnie inne
od wszelakich wyobrażeń na temat miejsca, gdzie się znajdujemy oraz nas samych.
Mówi się o harmonii, pięknie i spokoju. O istotach żyjących w zgodzie bez
problemów. W rzeczywistości jest nieco inaczej. Szczególnie, gdy mówimy o braku
sporów czy sprzeczek. Z resztą widać to na moim przykładzie chyba najlepiej. Poza
tym mój ojciec przechodził kryzys wieku średniego. Po ilu latach? Dwóch
tysiącach? Coś koło tego. Ja mając zaledwie dwadzieścia, nie miałem prawa mieć
własnego zdania. No tak... Ale też nie zamierzałem być wiecznie na sługach
Pana. Być może aniołowie czują to w sercu, to jest ich przeznaczeniem, ale ja
byłem daleko do miłosiernej istoty. Niestety. Nie żyłem w przekonaniu, że
mógłbym wytrzymać tu wieki. Chciałem zejść na dół. Tam nikt nie mógł mnie
ograniczać. Tyle ciekawych rzeczy, miejsc czekało. Byłem wręcz zaintrygowany
ludzkimi sprawami. Tym, co tworzą i tym kim są. Nie żyją wiecznie, więc starają
się wykorzystywać każdą chwilę jak najlepiej. To jest właściwie największa
różnica między człowiekiem a aniołem. My mamy bardzo dużo czasu. Wręcz
nieskończoność. Niebo nie ma granic. Czy istnieje nas tu dużo? O dziwo nie. Są
archaniołowie. Ci, którzy byli przy Bogu prawie od początku stworzenia świata.
Potem są aniołowie niższej rangi. Czyli ja. Stworzony przez Uriela i moją
matkę, anielicę. Aniołów niższej rangi wcale nie było tak dużo. Poza tym wielu
z nich zostało wygnanych z Nieba. Żyją na Ziemi i nazywają się Upadłymi.
– Culley? – usłyszałem
delikatny głos matki.
Westchnąłem i
spojrzałem w stronę drzwi. Pojawiła się w progu. Miała na sobie białą sukienkę.
Była niska, ale zgrabna. Przeważnie jej uśmiech odganiał problemy. Elaine była
pozytywną osoba i nie kryła się z tym. Dla niej wszystko było piękne, radosne.
Podejście praktycznie każdego w Niebie. Mama była stosunkowo młoda w porównaniu
do ojca. Do tego zatrzymała się na wyglądzie trzydziestolatki. O czym my
mówiliśmy? Tak, wiedziałem jak wyglądają ludzie. Byłem Aniołem. Moja wiedza
mogła być naprawdę nieograniczona.
– Tak, mamo? – odparłem
spokojnie, posyłając kobiecie łagodne spojrzenie.
– Kłóciłeś się z ojcem?
– podeszła bliżej. Ona miała jakieś czujniki? Zawsze wiedziała najlepiej,
chociaż dzisiaj od rana nie było jej w domu.
– Można tak
powiedzieć... – westchnąłem, starając się pozostać niewzruszony emocjonalnie,
lecz złość i podenerwowanie chciały rozerwać moją maskę.
– Culley, nie możesz go
denerwować takimi głupotami. Nie wiem co się z tobą ostatnio dzieje, ale zastanów
się nad tym. Poważnie – poklepała mnie po ramieniu i westchnęła.
Delikatną dłoń
przyłożyła do mego czoła. Minęło kilka sekund, a ból ustał. Poczułem ogromną
ulgę, dziękując w duchu, że mama posiadała dar.
– Pomyślę. A teraz
pozwól, że pójdę do swojego pokoju. Chce pobyć sam –powiedziałem, lekko
ściskając gładką rękę rodzicielki.
– Culley... – zaczęła,
ale już mnie to nie interesowało.
Wstałem i ruszyłem na
górę. Nie odwołam ten decyzji. Nie ma dla mnie miejsca w Niebie.
~*~
Ogień zapłonął, gdy
pstryknąłem palcami. Nie potrzebowałem zapalniczki. Tutaj wystarczyło o czymś
pomyśleć i mogło się mieć to w rękach. Powoli skierowałem iskry w stronę
starego, zniszczonego papirusu. Apokalipsa według świętego Jana, manuskrypt.
Ludzie na ziemi mylili się, myśląc, że to oni trzymali pierwszy egzemplarz. No,
w kawałkach. To tutaj znajdowało się wszystko, co powstało na początku. Mieli
wiele kopii, lecz manuskrypty stały się cennym skarbem. Historią, pamiątką,
czymś do czego mieliśmy powracać.
Jedynym sposobem, by
zejść na Ziemię było zniszczenie tego oto papirusu. Dobrze wiedziałem, że
Archaniołowie nie potraktują tego ulgowo i dadzą mi najwyższą karę. Igrałem z losem, ale nie miałem wyjścia. Zbyt
długo siedziałem w miłosiernym Niebie, nudząc się. Na dole czekało nowe życie.
Przypisane dla mnie. Wziąłem głęboki oddech i zrobiłem to. Zapaliłem każdy róg
pisma. Jak tak ważny papier znalazł się w mojej ręce? A no cóż... ponieważ
jestem aniołem i wszyscy mamy do siebie zaufanie — przechwycenie tego dokumentu
było bardzo łatwe. No dobrze, papierów pilnował Archanioł Raphael, ale
wkręciłem mu trochę kłamstwa. Nie powinienem – oczywiście. Tyle że ja nie
miałem czystego serca. Nie posiadałem też wyrzutów sumienia. Skłamałem, że
potrzebują go w odpowiednim miejscu, a zyskując na czasie wszedłem tutaj i
znalazłem Apokalipsę.
Nie wzruszony nadal
niszczyłem dokument i czekałem, aż przyjdą po mnie do gabinetu Raphaela. Dobrze
wiedziałem, że on również będzie niezadowolony, ale moja dusza i tak była już
skazana. Uśmiechnąłem się, zaciskając palce. Ogień zniknął. Od wróciłem się w
stronę okna, które miało widok na ratusz Nieba. Wszystko tutaj przypominało
ogromne miasto. Tylko lepsze niż na ziemi. I właśnie ten idealizm zmusił mnie
do tego, bym próbował opuścić to miejsce. Pragnąłem możliwości mierzenia się z
różnymi problemami, możliwości zobaczenia czegoś innego niż perfekcyjnie
zbudowane place. Próbować zawsze można. Nie było odwrotu. Zerknąłem przez
ramię, gdy drzwi z hukiem otworzyły się. Wściekły jak osa Raphael stanął w
progu, zaciskając dłonie w pieści. Wyglądał zabawnie. Powieka drżała mu od
gniewu. Potrafiłem dostrzegać najmniejsze szczegóły w zachowaniu drugiej osoby.
Lubiłem bawić się w takiego analizatora. Prawie jak psycholog. Poza tym to było
całkiem zabawne, szczególnie w tamtej chwili.
– Culley, coś ty
narobił? – jego ostry głos zabrzmiał w całym pomieszczeniu.
Nic mu nie
odpowiedziałem. Dobrze wiedziałem, co robię, więc po co miałbym kłamać i mówić
jak bardzo mi przykro, gdy tak nie jest.
– Synu! – Uriel pojawił
się za jego plecami. Nie wiem, czy wyglądał na przerażonego czy na
zdenerwowanego.
W sumie i tak na jedno
wychodziło, więc nie myślałem nad tym długo. Tak czy inaczej w stu procentach
był zawiedziony. Poszedłem w ich stronę, na nic nie czekając. Bylem gotów na
osąd. Prowadzony przez strażników, którzy rzadko wkraczali do akcji, szedłem
przez uliczki w stronę podium. Tam mieli zebrać się Archaniołowie i dać mi
wyrok. Oby szybko. Trochę mi się spieszy. Patrzyłem prosto przed siebie i nawet
na chwile nie straciłem swojej pewności siebie. Kątem oka dostrzegałem
przerażenie i strach, oburzenie i złość w oczach pozostałych aniołów.
– Culleyu, Abramie,
synu Uriela – zaczął litanię Gabriel.
Wydawał się być
spokojny. Na jego twarzy nie ujrzałem żadnego cienia emocji. Musiał nad sobą
panować. W przeciwnym wypadku również popełniłby przestępstwo, rzucając się na
mnie.
Wokół nas nastała
grobowa cisza. Powietrze było gęste jak nigdy, a czas jakby zwolnił. Wszystko
było na moją niekorzyść. Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech. Nie chciałem
czuć na sobie rozczarowanego wzroku rodziców. To bolało, lecz miało swą cenę.
Wierzyłem w to, czego pragnąłem i do czego naprawdę się nadawałem. Jeśli mieli
mnie wygnać – to właśnie był ten moment. Nie chciałem, aby zwlekali. Na co
czekać? Podałem im powody.
– Culleyu, spójrz na
mnie – odezwał się Gabriel, więc otworzyłem oczy. – Dokonałeś czynu
niewybaczalnego. Co tobą kierowało? – zapytał, układając dłonie na mównicy.
Stał na podium, a po
jego lewicy siedzieli pozostali Archaniołowie. W tym mój ojciec.
Przełknąłem głośno
ślinę. Nagle poczułem suchość w gardle. Być może to poczucie winy? Nie. Na pewno
nie. W końcu sam tego chciałem i nadal chcę. Mimo wszystko dałbym naprawdę
wiele, by napić się teraz życiodajnej wody.
– Ciekawość – odparłem,
nie zastanawiając się nad tym, jak to zabrzmi w obecnej sytuacji.
– Ciekawość zmusiła cię
do podpalenia manuskryptu Apokalipsy? – patrzył na mnie uważnie.
Starałem się podtrzymać
jego spojrzenie, choć to była ciężka chwila w moim krótkim życiu. Wydawał się
być taki… odporny na wszystko co powiem.
– Tak – westchnąłem.
Byłem w pełni świadomy
tego, co robię. Oni wcale nie musieli wiedzieć niczego. Byli mi tylko potrzebni
do zesłania na Ziemię. Tego właśnie chciałem od życia.
– Pozwól, że sam to
sprawdzę – Gabriel zszedł z podestu i wolnym krokiem udał się w moją stronę.
Jego darem było
czytanie w myślach. Mógł sprawdzić, czy dana osoba mówi prawdę, czy też kłamie.
Wyprostowałem się, gdy dzielił nas już zaledwie metr. Wymieniliśmy krótkie,
nieufne spojrzenie, po czym Gabriel dotknął mojego czoła. To trwało minutę,
może mniej. Wiedział to, co chciał wiedzieć i nie musiał już pytać. Zabierając
rękę, patrzył na mnie z zaskoczeniem. W końcu jakieś emocje – pomyślałem.
Anioł wrócił na swoje
miejsce chwiejnym krokiem, co oznaczało już tyko jedno.
– Drodzy zebrani oraz
Archaniołowie – zwrócił się do tłumu, a następnie do zasiadających obok niego –
oskarżony Culley Abramie, syn Uriela, zostaje skazany karą najwyższą. Jego
życie w niebie dobiegło końca. Teraz zacznie swój żywot na Ziemi. Jednak biorąc
pod uwagę to, czyim jest synem i jak dobrze go znam, jego skrzydła nie zostaną
stracone. Culleyu, będziesz żył jako Upadły Anioł, a twój dar z jakim się
urodziłeś, zostanie pokryty kolorem czarnym.
Wciągnąłem szybko
powietrze do płuc i rozchyliłem wargi. Byłem zaskoczony. Myślałem, że nie
dostanę żadnych, absolutnie żadnych ulg. W końcu zrobiłem coś, czego nikt nie
dokonał do tej pory, w złym znaczeniu, rzecz jasna.
– Culley! – krzyknęła
matka, wybudzając mnie z transu.
Biegła do mnie, by po
chwili wpaść w moje ramiona. Objąłem ją i pocałowałem w czoło. Wiedziałem jak
bardzo będę tęsknić. To nieuniknione, bo kochałem swoją rodzinę.
– Będzie dobrze, mamo –
szepnąłem jej na ucho i wytarłem łzę, która właśnie spłynęła po jej rozgrzanym
policzku.
– Tak bardzo cię kocham
– wtuliła się w moją szyję. – Rozumiem. Pamiętaj, że rozumiem. Najważniejsze
jest to, byś robił co czujesz w sercu.
Te słowa uderzyły we
mnie z siłą większą niż cokolwiek kiedykolwiek. Ona chyba jako jedyna zawsze
mnie rozumiała. Nie chciała żadnych wyjaśnień. Po prostu ze mną była. I tego
będzie mi brakować na Ziemi, ale wierzę, że jest jakiś sposób na kontakt. Żal
mi było zostawiać matkę, lecz tu miała dobre życie. Teraz ja musiałem ponieść
konsekwencje wyboru…
Mama ostatni raz
spojrzała na mnie smutnym wzrokiem i odsunęła się. W tej samej chwili poczułem
jak skrzydła rozrywają moją koszulę.
Spojrzałem na nie. Były
czarne, pełne cienia i mroku. Stały się zupełnym przeciwieństwem do tego, co
było wcześniej. Czy właśnie tak miało być?
Archaniołowie,
Aniołowie i Anielice patrzyli na mnie ze zdumieniem. Stałem się Upadłym Aniołem, a skrzydła były
tego dowodem.
~~~*~~~
Witam! Witam w 2016 roku na Long way down. Cieszę się, że mogę dodać drugi rozdział. Kolejny, gdy będę mieć napisane 6. Aby tak było, musicie mnie zmotywować. Wiecie co robić prawda? Poza tym szykuję dla Was niespodziankę, więc postarajcie się, kochani.
#lwdff
Subskrybuj:
Posty (Atom)

